|
|
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Jeden z najlepszych cytatów...
Niech będzie pochwalony pan nasz Jezus Chrystus... Koło Szecherezady przechodziłem i patrzę stoi ta kobita, tak jakoś biednie wyglądała, a ja w Boga wierzę, to żal mi się jej zrobiło. No to mówię pójdziesz ze mną, tu niedaleko... do Wielkiego Ryśka. Rysiek ma melinę, całkiem niedrogo bierze. Śledzia można tam kupić i szarnę to jego teść, to takie robi, że to lepsze niż szynka, ja wolę. To wypiliśmy tam pół baksa z nią i z Ryśkiem i ona mówi, że ma dzieci. Duże? Pytam. A ona mówi, że no jedno cztery, drugie dwa... nie dwa i pół, nie dobrze mówię, cztery i pół i dwa lata. To miałem akurat te pieniądze, co dostałem jak wychodziłem, to dałem. No niech kobita kupi jakieś pomarańcze tym dzieciom, akurat tak się Wigilia jakoś zbliżała... cukierki jakieś... no niech dzieci takie coś mają od życia, nie... Ty, ja potem wchodzę do Starego Mordziatego, znasz Starego Mordziatego, on też ma melinę, tylko droższą... ja patrzę, a ta kurwa tam z tym Starym Mordziatym siedzi i wódkę pije... i tak żeby nie skłamać, no pół litra tak do połowy już odpite. To ja mówię, to ja po to ci dałem pieniądze, żebyś dzieciom pomarańcze kupiła, mówię, a ty tutaj na melinie z pijakami wódkę pijesz?... No to ci mówię, to tak jak stałem, tak ją jebłem młotkiem, no... takim z półtora kilowym. No ze łba nie było co zbierać... wyrwałem chwasta... A tu w więzieniu to się bali ze mną pod celą siedzieć. Buntowały się gary jebane... A jeden taki Zięba Karol, to się kurwa wszędzie chwalił, że się kurwa niczego nie boi. To ja pytam go, bo przedtem z nim tutaj siedziałem. Jak to Karolku, niczego się nie boisz? Bo ja w Boga wierzę. A w papieża? To on mówi, że jakby go na długość ręki dopuścili, to by zajebał. Ojca Świętego... Mówię, a jakbyś dzieci miał? To on mówi, że by dzieciora wziął i na żywca przez główkę do drzwi przybił, takim gwoździem... To ja sobie myślę, to po co taki człowiek żyje? Po co taki człowiek żyje? Jak ten chwast... wyrwałem chwasta, ale że była już cisza nocna, to nie chciałem wołać klawisza, to zameldowałem przy misce...
poniedziałek, 30 czerwca 2008
o przyszłości w ramch nastepnych pokoleń
Ponieważ nie dane mi było zostać do tej pory ojcem a ojców w moim otoczeniu przybywać zaczęło, postanowiłem zmienić ten konsekwentny stan na inny, bliższy mojemu wewnętrznemu przekonaniu że jestem gotowy. W sumie to byłem bardzo blisko ale brakło, smutne to i lekko tragiczne w skutkach, mi marnego, jednego miesiąca. Jak się zastanowię to miałem tylko jedną szansę w życiu, jedną jedyną na obczyźnie, potem zostałem bezwzględnie uprzedzony i pozbawiony jakichkolwiek złudzeń, pragnień, możliwości zostania najlepszym ojcem na świecie. Zmienianie to ma polegać na odnalezieniu odpowiedniej motywacji w sobie, dojrzałości emocjonalnej. Są dwie drogi, upraszczając, pierwsza znaleźć chętną i myślącą podobnie „desperatkę” ale ta droga wydaje się być mało realna, bo kto by ryzykował aż tak i tyle z facetem „po przejściach i z odzysku”. Drugi sposób wydaje się być bardziej realny, a polegałby on na bardzo zagmatwanym i wręcz niesamowicie trudnym znalezieniu tej drugiej osoby już z jakimś przychówkiem, który oczywiście będzie na tyle wyrozumiały o ile będzie w wieku na to pozwalającym, ze także da się odnaleźć i zaakceptuje moje niedoskonałości i brak doświadczenia. Jak widać każda z tych dróg jest możliwa, ale prawdopodobieństwo sukcesu jest infinitezymalnie małe.
piątek, 02 maja 2008
ohne dich
Ich werde in die Tannen gehen, dahin wo ich sie zuletzt gesehen, doch der Abend werft ein Tuch auf's Land, und auf die Wege hinterm Waldesrand, und der Wald ersteht so schwarz und leer, weh mir oh weh, und die Vögel singen nicht mehr
Ohne dich kann ich nicht sein, ohne dich, mit dir bin ich auch allein, ohne dich, ohne dich zähl' ich die Stunden, ohne dich, mit dir stehen die Sekunden, lohnen nicht
Auf den Ästen in den Gräben, ist es nun still und ohne Leben, und das Atmen fällt mich ach so schwer, weh mir oh weh, und die Vögel singen nicht mehr
Ohne dich kann ich nicht sein, ohne dich, mit dir bin ich auch allein, ohne dich, ohne dich zähl' ich die Stunden, ohne dich, mit dir stehen die Sekunden, lohnen nicht, ohne dich
und das Atmen fällt mich ach so schwer, weh oh weh, und die Vögel singen nicht mehr
wtorek, 01 kwietnia 2008
Rereanimacja!! heh
niekompletne, jak ja..... ...... trochę. Mam lekko półśredni niekompletny mózg, po psychicznej lobotomii. Moje ciało też jakieś takie niekompletne jest niby 10 kilo więcej niż zazwyczaj dzięki usilnym praktykom w celu uszlachetniania swojego charakteru i przygotowania głowy na nowe doznania intelektualne. Pogoda powoli zaczyna sprzyjać pozytywnym myślom, parzyście ze zwiększeniem amplitudy temperatury podnosi się moje mocno zdruzgotane samopoczucie. Bardzo solidnie uciekłem w pracę i w zajęcia poza pracą, traktując swój dom jako sypialnię i ewentualnie miejsce dla zaspokajania potrzeb (w dosłownym tego słowa znaczeniu), zagłębiłem się w jakiś taki krąg, gdzie jak Urobos pożeram własny ogon. W tym skapym słońcu dojrzewam do mysli aby wyciszyć się uspokoić, poświęcić sobie więcej czasu na myślenie. Optymistycznie!
środa, 10 stycznia 2007
no to za 2 dni jadę do Pragi.... ale się stracham, ciarki mnie obległy, mnie i moje plecy.. brrrr
wtorek, 06 grudnia 2005
Początek łiq
"Niech nie ośmielą się wydawać sądów o wódce ci, którym nie jest ona potrzebna. Jeśli ludzkość osiągnęła dotychczas cokolwiek trwałego w sensie ducha, to właśnie alkohol."
Marek Hłasko "Umarli są wśród nas"
sobota, 03 grudnia 2005
Sobota gdzieś ponad blokiem
Czeka na mnie szpital. Teraz tylko musze go narysować, zaprojektować i nic więcej. Szpitale są potrzebne, ludzie muszą się leczyć i gdzieś umierać. Zrobię bardzo ładne rysunki, wzorowe perfekcyjne, idealne i bezbłędne. Powinniśmy umierać jednak w domu wśród bliskich a nie w szpitalu. Może jednak lepiej jest oszczędzić tego własnego misterium najbliższym i "przebiec" na druga stronę w rytm pikającej aparatury. Niestety nie możemy wybierać, nie jesteśmy w tym czasie pewnie w stanie, bo całą uwagę poświęcamy na kurczowym łapaniu się życia, łykaniu go wielkimi kęsami, łapczywie jak głodny kot przy pełnej misce. Potem narysuję kościół z wielką dzwonnicą. Nie jest to ładny projekt, przypomina mi za bardzo supermarket, kościół współczesnej, przeciętnej, polskiej rodziny. Lubię supermarkety jak nie muszę nic kupić. Najbardziej fascynuje mnie obserwacja ludzi w szale zakupowym, ich diamentowe oczy, rozbiegane dłonie, rozmowy i wymiany niesamowicie nieistotnych uwag. Taka zwykła sobota a tyle "muszę" narysować.
środa, 14 września 2005
Halinko..kocham Cię...
Halina Poświatowskalubię tęsknić wspinać się po poręczy dźwięku i koloru w usta otwarte chwytaćzapach zmarznięty
lubię moją samotność zawieszoną wyżej niż most rękoma obejmujący niebo
miłość moją idącą boso po śniegu
czwartek, 21 lipca 2005
TYTUŁ ORYGINALNY: Alkohol POCHODZI Z PŁYTY: 4630 Bochum tekst oryginalny: Norbert Hamm (tłumaczenie słabe)
Znów zmieniliśmy noc w dzień Jem śniadanie o ósmej wieczorem Myśli płynął kleiście jak guma do żucia Moja głowa jest ciężka jak ołów, drżą mi kolana Wybełkotane przysięgi w czerwono-niebieskim świetle Czterdziestoprocentowa równowaga Szare cele w lekkiej eksplozji Wizje wschodu i zachodu słońca Co się tu dzieje, co się stało Rozmasowałem jedynie moje nerwy Alkohol jest twoim sanitariuszem w potrzebie Alkohol jest twoim spadochronem i łodzią ratunkową Alkohol jest stalową liną, na której stoisz Alkohol alkohol alkohol Eleganckie sceny marzą o kokainie I w szkolnej ubikacji pachnie trawką Aptekarz bierze walium i speed A kiedy staje się ciemno, sięgają do kieliszka Co się tu dzieje, co się stało Rozmasowałem jedynie moje nerwy Alkohol jest twoim sanitariuszem w potrzebie Alkohol jest twoim spadochronem i łodzią ratunkową Alkohol jest stalową liną, na której stoisz Alkohol jest statkiem, którym utoniesz Alkohol jest twoim sanitariuszem w potrzebie Alkohol jest twoim spadochronem i łodzią ratunkową Alkohol jest dressingiem dla sałatki z twojej głowy Alkohol alkohol alkohol
sobota, 16 kwietnia 2005
Kyuss - Phototropic
Under light that I have never seen, up to the light, reach up to the blue.
Under light, under light, reach up to the sun or you can run.
Send the rook the smoothness of it all... you will never fall.
You'll never... Never...
piątek, 08 kwietnia 2005
....siła...
okolica była małomiasteczkowa smak nakrapianej słońcem trawy przypalone chaszcze, szczypta cienia zegar jak szorstki język kota drapał się pod pajęczą górę
radioodbiornik nadawał słone fale a ja potrafiłem miękko latać lekki z duszą rogatą ściśle związany tam i z potworem, za bary
sprężynę życia pełną energii zaplotły anioły wokół starego dębu skrzyp ostatniej wilgoci pod butem głośniejszy i ważniejszy był niż wszystkie wschody i zachody....
piątek, 17 grudnia 2004
Podobno padało przemoczone nasączone bezsprzecznie wypełnione powietrze parą w kształcie chmur po brzegi kałuże wilgotne zasłony mgły rosa na murze spadają z rzęs krople – kamikadze mokry kolor nadając nenufarom Moneta .......................................
Nic dawno tak łatwo mnie nie obudziło. Stan napięcia przedporannego, zamienił się miejscami z gorącą herbatą Earl Gray. Do mojej malutkiej micro-wieży o potężnej mocy wpuściłem płytkę „audioslave”. Tak, o to mi właśnie chodziło, potężne uderzenia basów poderwałyby nawet umarłego. Spuszczałem je jak wściekłe brytany ze smyczy z nieokiełznaną premedytacją, że obudzę sąsiadów. No może nie wszystkich, ponieważ obok mnie mieszka starszy pan, który ma spore kłopoty ze słuchem (mam nadzieję ze nie z mojego powodu). Uwielbiam takie poranki wczesnym świtem przemierzanie poznanych do granic bólu odległości: sklep – dom, dom – sklep. Jak tak człowiek zapuści się w swojej samotni to każdy kontakt z osobnikami tego samego gatunku traktuje z wielkim nabożeństwem. Ja wiem, ze nie wolno się zamykać w 4 ścianach, że od tego się „dziczeje”, nabiera złych manier: warczenia, skakania do gardła, kiedy cokolwiek „nie idzie” z wcześniej ustalonym planem. Monotonię samotności, spędzania czasu z samym sobą można w pewien sposób wynosić na ołtarze własnego, niezależnego ego, ba nawet powinno się od czasu do czasu. Nie ma jednak nic przyjemniejszego jak wyśmiewanie samego siebie przed samym sobą, naigrywanie się, łapanie pod boki i tak aż do rozpuku.
czwartek, 16 grudnia 2004
Zabójcy Dzwonów
niech zabiją dzwony w rzece niech zabiją dzwony w morzu ciepły dzisiaj znów odlecę lub zostanę na podłożu pleców płachta płyty pieszczę bom najlepszy jest ludwisarz żółty krzyczy kształt pomieszczeń przesłuchiwał mnie komisarz
znów nie zasnę tylko dzisiaj lampy świecą w twarz księżyca proszę ustal, ustami uciszaj między nami ćma i świeca ..............................................................................
środa, 15 grudnia 2004
reanimacja
Minęły trzy tygodnie i wreszcie się przeprosiłem z codziennikiem. W sumie to nawet nie były przeprosiny tylko reanimacja. Powinieneś być mi dozgonnie wdzięczny, wyprasowany, i wykrochmalony drogi blogu. Żywię głęboką nadzieje, że moje nieodpowiedzialne zachowanie się nie powtórzy. Zaniedbywanie najlepszego przyjaciela nigdy nie powinno iść w parze z taką wyglansowaną na połysk bezczelnością i olewactwem. Jedyne co mogę dodać na swoje usprawiedliwienie to, że wena gdzieś sobie poszła, parszywa jedna. Pewnie trzeźwieć poszła w samotności, bo jak trzeźwiejemy razem to jesteśmy nie do zniesienia. Lubię Ją w jakiś tam swój kosmiczny sposób, pląsać z Nią lubię, panną jedwabną, grać w wyrazy, skojarzenia, berka i w pokera na dużą kasę. Zawsze przegrywam nie potrafię blefować, mama mnie nie nauczyła a i wiara zabrania. Reasumując, wena doma, ja do wirtualnego pióra, aż nimi porosnę.....
|